Wednesday, 19 January 2011

Saturday, 15 January 2011

W doopach sie poprzewracalo...;-)

Sa chwile, kiedy fakt, ze pochodze z Polski odbieram jako blogoslawienstwo.

I nie mowie tu o zadnym patriotyzmie, bo z tym u mnie jakos kiepsko. Ale o tym, ze mam jednak troche inne podejscie do rzeczy materialnych niz tubylcy. Szacunek do pieniadza, pracy i tego, co wlasnymi rekami zdobywam.

Podejrzewam, ze wiekszosc Holendrow, ktorych znam, rzucona w rzeczywistosc Polska na jakis czas, niewatpliwie po prostu umarlaby z glodu. Albo pochlastala sie lub tez popadla w gleboka depresje. I nie mowie tu o rzeczywistosci wielkomiastowej. Wiem, ze wielu ludziom w Polsce zyje sie bardzo dobrze, ale chodzi mi o male miasteczka, np na na wschodzie, czyli moje rodzinne strony.

Przegladalam ostatnio markplaats (holenderskie alegro) w poszukiwaniu paru rzeczy i troche mnie przygnebilo jak zobaczylam, co ludzie sprzedaja i za jakie pieniadze.

Kuchnie, wyposazenie domu, markowe rzeczy, za ktore zaplacili tysiace, wymieniaja po trzech latach uzytkowania dostajac za nie niewielki procent tego, co zaplacili.

Tylko dlatego, ze sie znudzilo, ze moda sie zmienila, ze sasiad ma inaczej, lepiej?

W sumie nie moja sprawa, ale mnie razi.

Bo jest ten przyklad czescia zjawiska, ktore obserwuje od dawna. Mianowicie braku szacunku do pieniadza. Wypchane po brzegi wozki w supermarketach, ktorych zawartosc czesciowo wyladuje w smietniku, bo nie bedzie jej w stanie przejesc nawet czteroosobowa rodzina. I jako kontrast moja mama, ktora w momencie, gdy zostaje cos z obiadu, kombinuje, jakby to uzyc nastepnego dnia. Bardzo ja za to cenie i wiele sie od niej ucze.

Program, w ktorych pokazuja ludzi, ktorzy nie radzac sobie finansowa, popadaja w dlugi i w tymze programie otrzymuja rady, jak z nich wyjsc.

Oczywiscie bywaja przypadki, kiedy popadaja w biede nie z wlasnej winy (choc trudno mi sobie wyobrazic w tak NADopiekunczym panstwie)

Ale wiele z tych przykladow to osobniki, na ktorych konto wplywa co miesiac powiedzmy 5000 euro, a wyplywa z niego 6000 czy 7000. Krew sie gotuje. Jakim trzeba byc niedorajda zyciowym. Kupowac sobie cos, na co mnie nie stac, w imie czego tak wlasciwie?

Najgorsze, ze istnieja panstwowe programy pomocy takim ludziom, a urzednicy pracujacy przy takich programach oplacani sa z mojej kieszeni.

Zdarza mi sie czasem dac sie wciagac w to szalenstwo, ale na szczescie szybko sie otrzasam.

Pieniadze naprawde nie daja szczescia. Mam nadzieje, ze bedziemy w naszym nowym domu szczesliwi. Ale pamietam czasy mieszkania w studenckim pokoju, dzielenie oblesnej kuchni z odzysku z kilkoma wspollokatorami, kiedy do szczescia wystarczala mi kanapa z ikei za 200 euro i biurko przytaskane ze sklepu z uzywanymi meblami za jakies trzy dychy.

Tuesday, 4 January 2011